wska blog

Twój nowy blog

wska i powidoki wreszcie w domu!
zapraszam na moją blogową stronę domową!
jestem taka szczęśliwa, wreszcie na swoim:-)
od dziś moje blogowe zmagania znajdują się pod naszym rodzinnym adresem:

wska.mojki.pl.

zapraszam!

no właśnie.

we środę odwiedziłam tatusiów* i wyściskałam mojego kochanego młodego. co wytrwalsi czytelnicy moją go pamiętać z dawnych czasów, kiedy to lat miał trzy (wtedy najwięcej o nim pisałam, bo spędzaliśmy razem więcej czasu).

do najsłynniejszych gagów młodego należy śpiewanie na całe gardło otwieram wino ze swoją dziewczyną, ze wzrokiem maślanym wlepionym w starszą siostrę (mnie), w wieku wtedy chyba lat dwudziestu, która strasznie się starała nie wyglądać na młodocianą matkę (im bardziej się starała, tym na młodociańszą wyglądała).
co ja poradzę, że wtedy to był najpopularniejszy hit w domu.

teraz czterolatek ma lat osiem, po okresie niedotykalskości jest moją ukochaną przylepą, a do poduszki czyta mikołajka (czasem nawet samodzielnie). tym razem jednak zostałam mianowana naczelnym lektorem. i musiałam się wywiązać.

opowiadanie miało tytuł nieposzlakowana uczciwość i opowiadało o tym, jak to mikołajek znalazł na ulicy portmonetkę. zaczynam: nieposzlakowana… na co młody, jakże mogło być inaczej: ale kasia, a co to jest nie-po-szla-ko-wa-na? – więc tłumaczę: taka czysta, stuprocentowa, wielka… i zaczynam: mikołajek szedł do szkoły… na co młody, jakże mogło być inaczej: ale kasia, jeszcze nie!a co? – pytam ja, przeczuwając już kataklizm – ale ja nie rozumiem tego drugiego słowa! co to jest uć-ci-woszć?
o kurde, tego się nie spodziewałam (starałam się bardzo nie powiedzieć tego o kurde na głos, ale głowy nie dam). więc tłumaczę: uczciwa osoba jest zawsze w porządku. nigdy nie kłamie, nie oszukuje, rozumiesz, jak znajdzie coś na ulicy, to zawsze oddaje (mając w pamięci mikołajkową portmonetkę)… – ale tata znalazł ostatnio na ulicy telefon i nie oddał! – auaaaa! zbladłam, eeee… – ale przedtem dzwonił wiele razy i nikt nie odbierał!
drżącym głosem czytam dalej, o tym, jak mikołajek poszedł na komisariat: i podchodzi do kontuaru, wiesz, kontuar to jest taka lada – na co młody – wiem, taka przeszkolona, z okienkiem i w ogóle.
o, kurde. to ci dopiero.

*podział rodziców u mnie jest na mamusiów (mama) i tatusiów (tata, macoszka i młody).

update: to jest sangwina :-)

jestem z taka dumna! narysowałam wielką, gołą babę! apoteoza kobiecości w modelu ze styropianu:-)
biorąc pod uwagę okoliczności łagodzące:
pierwszy raz rysowałam na kartce większej niż kieszonkowy zeszyt w kratkę (ze trzy razy wcześniej rysowałam na a4 i wydawał mi się ogrooomny!),
pierwszy raz miałam w ręku sangwinę,
pierwszy raz rysowałam coś na kształt człowieka (jestem mistrzem nieforemnych kubków, jabłek i pomidorów),
rysuję od jakichś trzech miesięcy…
tyle pierwszych razów, że mój pierwszy wielki rysunek gołej baby uważam za udany:-)
tak właśnie przebiega zdrowienie, skutecznie. a oto wska z gołą babą:

rysunek.jpg

wiecie dziewczyny, bo po ślubie, to…
niektóre mówią, że zmienia się wszystko, naprawdę wszystko, inne, że niewiele (ja).
tak czy siak, wczoraj świętowaliśmy półrocznicę ślubu, udając się do kina na the painted veil, film przepiękny, ale rozdzierająco smutny, a na dodatek przez ekran poza uroczymi, orientalnymi pejzażami przewija się mnóstwo umierających na cholerę chińczyków (albo już umarłych. bardzo umarłych).
nie była to romantyczna komedia, trzeba przyznać. to znaczy nie miała być, ale liczyliśmy na bardziej romansidło niż psychologiczny melodramat (masło maślane?), co byłoby bardziej adekwatne do powyższej rocznicy.
poza tym mąż zafundował mi prezent w postaci pięknego serca z bursztynu (zawsze ciepłe!). ja niestety chwilowo posiadam jedynie serce z ziemniaka. trzeba więc znaleźć odpowiednio ciepły prezent dla męża!
najbardziej podobały mi się podchody do obchodów.
rocznicę zejścia się obchodzimy 5 listopada. 5 maja minęło dwa i pół roku, postanowiliśmy więc obejść zarazem i rocznicę ślubną. mąż wrócił do domu po wypłacie i mówi: żono, idziemy kupić ci piękną suknię, a potem udamy się na kolację do restauracji. nawet się nabrałam;). żart na stronę, bo poważnie mówił!
no więc tak: najpierw zrezygnowałam z sukienki, potem po zweryfikowaniu cen w restauracjach poczłapaliśmy na kebaba, a na koniec zamiast wymyślać szalone atrakcje byliśmy tak zmęczeni tym rezygnowaniem, że wypożyczyliśmy film tam, gdzie zawsze. a nawet dwa – czeską komedię romantyczną i jedwabną opowieść. w ramach luksusu okraszając je heinekenem, a nie lechem. ale było świętowanie!
wczoraj było podobnie, tym razem moja wypłata, pizza, kino i wino. przynajmniej bez wielkich planów:-)
fajnie jest być zamężną. z właściwym facetem. a sukienkę kupiłam wczoraj na wagę za 13 złych;)

o babci imieninach nikt nie zapomina, nawet jej asystenci, z którymi pracowała w szpitalu (20 lat temu). zawsze przychodzą, każde z różą, by stworzyć z nich bukiet, jak tylko się spotkają.
w zeszlym roku babcia powitała ich z otwartymi ramionami. no chodźcie, dziewczyny! powiedziała. jakie dziewczyny! ja właśnie babcią zostałam! odpowiedziała jedna z dziewcząt.
ciekawe, co będzie w tym roku. niedługo haliny. już się zapowiedzieli:-)
babcię można zobaczyć tutaj:-).

uparłam się, żeby na własny ślub (listopad 06) założyć turban. mimo entuzjazmu moich koleżanek, spotkało się to z różnym przyjęciem, a tu proszę, mam na to papier:)

blogkorale.jpg

to strasznie smutne, że nie ma w języku polskim słowa craft. tylko to paskudne rzemiosło, które się tak źle kojarzy, z jakąś nieudolnie odwaloną fuchą, a nie sztuką. sztuka ludowa? cóż, nie zajmuję się sztuką ludową. sztuka użytkowa też nie, bo nie robię na masową skalę i raczej to, co wytwarzam (też ładne słowo) nie jest zaraz jakąś wielką-halo-sztuką. to crafting! to co mam mówić? zajmuję się krawtingiem? :D
a odchodząc od lingwistycznych zawijasów załączam foto moich ostatnich przyjemności (uj, zabrzmiało jak porno), które przeżywałam z modeliną artystyczną fimo (cóż, a co na to małżonek?!). ma cudowne, matowe kolory, które łatwo się mieszają – można zachować maziaje ze zmieszanych kolorów, co jest przepiękne, ale można też wygnieść zupełnie nową, czystą barwę (mam tylko kilka kostek fimo: niebieską, żółtą, białą i czerwoną, a patrzcie, ile tego!). do tego kolory nie blakną podczas wypalania! ślicznie też wygląda polakierowane. dlatego zaczęłam robić też broszki…
* gliniana, szkliwiona miseczka jest z ikei (ale takie też bym chciała robić:)).
* polecam oficjalną stronę firmy robiącej fimo: eberhardfaber z ciekawymi tutorialami!

muszę, no po prostu musze o tym napisać:) otóż nowa płyta joss stone, introducing joss stone, doprowadza mnie do fizycznej ekstazy. wprost. jest niesamowita! pełna chęci życia, której ostatnio trochę mi brakowało, a każda piosenka ma potencjał, żeby prześladować mnie po nocach. (choć jedną z piosenek, które katowały mnie dniami i nocami, było baby one more time, więc nie wiem, czy należy mi ufać).
poza nieziemskim głosem joss w tle pojawiają się mocne gospelowe chórki, które sprawiają, że odruchowo zaczyna się klaskać. na wyróżnienie zasługuje nie tylko joss, u której nie pojawia się typowy dla młodych artystów egotyzm, co pozwala usłyszeć też piękny bas, sekcję dętą (nienawidzę tego określenia, zawsze mam ochotę przekłuć tę nadętą sekcję szpilką) i świetną perkusję. dowód na to, jak fantastyczne rzeczy można zrobić w zespole.
polecam szanownej, majowej uwadze.

ostatnio mam trochę więcej wolnego czasu. co prawda został mi on przykazany przez lekarza (proszę się nie denerwować i zająć czymś przyjemnym), korzystam z tego garściami. dzięki temu, że jesienią harowałam jak wolica, w międzyczasie zrobiłam trochę tłumaczeń i do tego mam trochę uczniów w domu, daję radę przeżyć oszczędnie jeśli chodzi o finanse, ale bogato, jeśli chodzi o wolny czas, kreatywność i zainteresowania. zacieśniłam więc związek z fotoszopem (a, dokładniej, nawiązałam, a efekty widać powyżej), z modeliną (niedługo na gk), z htmlem (przy mężowskim wparciu wreszcie powstała strona mojej mamy). tyle rzeczy, które czekały tak długo… uwielbam zajmować się domem, wycinać kartki okolicznościowe z kartonu, malować korale w kropki. przedłużenie dzieciństwa, tak, chcę!
poza tym życie jest piękne. dziś na przykład poszłam do marketu i kupiłam zielonego melona i nożyczki, które tną nie prosto, lecz w kształt chmurek. i kupiłam sobie herbatę na wieczorne uspokojenie;) w fioletowym pudełku. wszystkie te proste rzeczy (all this simple things), których smak utraciłam, których smaku nie znałam, a które zmieniają tak wiele. ta chwila w sklepie z prostymi rzeczami – a potem spokój, jak po wakacjach, tylko za 10 złotych. tak właśnie chcę.
uczę się odpoczywać. w zeszłym tygodniu zrobiliśmy dwie wycieczki, nawet nie całodniowe – do wilanowa i do babci w zalesiu. od tak dawna (czy kiedykolwiek?) tak nie odpoczęłam. bbc pomagał panu Bogdanowi ratować studnię, a ja biegałam po ogrodzie, próbując złapać motylka na cyfrową kliszę (będzie na flickr, kiedyś:)). i złapałam!
poza tym mam więcej spokoju ducha. zaczęłam załatwiać sobie pewne dawne sprawy, bardzo trudne i bolesne, ale praca nad nimi daje mi ulgę. trzymajcie kciuki:-).

ja naprawde nie miałam pojęcia, że tak uwielbiam rysować!
na ekranie flickr, kopalnia zdjęć. przede mną blok i ołówek b6. i b8. kopiuję sobie, żeby ćwiczyć rękę. wybieram króliczki, jelonki, zające. martwe natury, ale te wolę ustawiać sobie sama. moje biurko zawsze stało plecami do ściany – nie wytrzymałam i zakręciłam nim tak, że mam przed sobą cały pokój i stolik, na którym mogę układać warzywa, stawiać butelki, misy i obserwować światło. wszystko jest takie piękne!
moja mama jest malarką, prawdziwą artystką, z pracownią, mnóstwem szpargałów, sztalugami. raczej wystawia obrazy niż chodzi na ósmą do pracy. i ta straszna presja: rodzina, znajomi – kasiu, jak ci idzie? zdajesz na asp? nie, ciociu. jestem iberystką. kim? alpinistką?
wszyscy spodziewali się po mnie artystycznego zawodu. każde hobby traktowałam więc bardzo poważnie. gdy połamałam wszystkie pędzle, zaczęłam fotografować. noce i dnie w aromatycznej ciemni. poezja złamała mi serce po serii klęsk, które widziałam nawet ja. zatkał się kranik ze słowami, trzeba było odejść. potem tańczyłam (przez co dziś mam zniszczony kręgosłup), śpiewałam (zniszczona krtań) i grałam na gitarze (zero cierpliwości do ćwiczeń). był też teatr, który wytrwał ze mną najdłużej – jeszcze dwa lata temu tarzałam się półnago po scenie, wrzeszcząc po portugalsku: zabiję cię! agggrrrahhhh!. (btw, jak jest agggrrrahhhh po portugalsku?)
tak czy siak, każde z zainteresowań pielęgnowałam, jakby miało się w przyszłości stać moim zawodem. ale nic nie pokochałam tak bardzo, niczemu nie oddałam się tak bardzo, jak kolorom, odcieniom i kreskom teraz. jak papierom, barwnikom, kolorowym kredkom. uciekałam jak najdalej, a teraz samo mnie dogoniło. czysta przyjemność.
może to, co robię, nie jest tak piękne, jak wszyscy by oczekiwali po córce takiej artystki.
ale to jest moje. dawno nic mnie tak nie cieszyło!

(moje fotopasje do zobaczenia TU, a koralopasje TU)


  • RSS

Polecamy

Nie masz jeszcze bloga? Załóż bloga

Polecamy